Wioska, której każdy z nas pragnie

Dorastałam w latach 90. I bardzo mnie to cieszy. Z dzieciństwa pamiętam odwiedziny u koleżanek, które mieszkały za płotem. Nasze podwórkowe zabawy, godziny grania w gumę i zdarte kolana. Trzepaka wprawdzie nie mieliśmy, ale wszystkie drzewa w okolicy były nasze. Podobnie jak środek ulicy, którą samochód przejeżdżał raz dziennie. Więc bez obaw mogliśmy grać tam w państwa miasta czy w Baba Jaga patrzy. Kiedy mama robiła ciasto i zabrakło jej jajek czy mąki, zamiast do sklepu wysyłała mnie do sąsiadki. Codziennością latem było to, że zamiast ptaków budziły mnie sąsiadki krzyczące do siebie z balkonów - przecież trzeba się jakoś przywitać 😉 to nic, że później cała ulica wiedziała, że pani Iksińska ma wodę w kolanie, a pani Igreksińska jutro wyjeżdża do syna, do Stanów. Wszystko to zostawało wśród swoich. Bo sąsiedzi ufali sobie i byli dla siebie. Czasem bardziej niż najbliższa rodzina.
Bardzo mi tego teraz brakuje. W czasach gdzie więzi sąsiedzkie  bardzo często są bagatelizowane i marginalizowane. Ledwo znajdujemy czas dla najbliższych, więc co dopiero mówić o bądź co bądź obcych ludziach.
O tym jak dotkliwy to brak przekonałam się jeszcze bardziej po lekturze tej książki. Jest jak magiczny powrót do czasów dzieciństwa. Ale też zapis przyszłości idealnej - takiej, w której żyję wśród ludzi, którym poranne dzień dobry chcę wykrzyczeć z balkonu - bez przyklejonego uśmiechu. To 'Wioska na ulicy Małej. Narodziny' Kasi Żywioł z ilustracjami Edyty Danieluk. Ukazała się nakładem Wydawnictwa Studio Koloru.
Bohaterami są mieszkańcy pewnej kamienicy przy ulicy Małej. Tu nikt nie zamyka drzwi na klucz - więc można odwiedzić sąsiada w najmniej spodziewanej chwili 😁. Ale nikomu to nie przeszkadza, bo wszyscy się tu lubią. Jest też zaprzyjaźniony sklep państwa Buraczków. Czyli mamy wszystko, by dobrze i szczęśliwie żyć.
Ale wróćmy do kamienicy. Jednym z lokatorów - Jadzi i Borysowi rodzi się właśnie dziecko - córeczka. Na te narodziny najbardziej chyba czekała ich mała sąsiadka, 5-letnia Lila Róż, zwana też przez mamę Smoczycą. Wraz z resztą sąsiadów chciała jak najlepiej przygotować się na powrót Jadzi i malutkiej ze szpitala. Postanowili przygotować im zapasy jedzenia, zrobić wszystko, by młoda mama i maleństwo czuły się zaopiekowane. Dlatego Lila nie mogła zrozumieć, dlaczego Jadzia po powrocie, zamiast paść jej w ramiona, wyglądała jakby... Niezbyt się cieszyła. Była przemęczona, jakby smutna, a malutka rozpłakała się na dobre, kiedy tylko przyjechały. Lila zaczęła się zastanawiać czy to może dlatego, że Jadzia tak naprawdę nie chciała dzidziusia. A może był jeszcze inny powód? To za dużo rozmyślań, jak dla pięciolatki. Na szczęście z pomocą przyszła mama. I tata też. I wszystko dziewczynce wytłumaczyli.
Właśnie to w tej książce jest cudowne. Jak tłumaczy świat. W bardzo bliskościowy, cudowny sposób. Pokazuje też, że nie zawsze jest kolorowo i cukierkowo. Ale to też da się przetrwać. Tym bardziej, jeśli ma się obok siebie bliskościową wioskę. Myślę, że każda z nas, młodych matek, chciałaby taką mieć. Bo zasługujemy na to, by nami też ktoś się zaopiekował. By dał nam czas na dojście do siebie. I odkrycie się w nowej roli. Ach, gdyby takie kamienice, jak ta przy ulicy Małej istniały. A może gdzieś istnieją? Może Wy w takich mieszkacie? Jeśli tak, to dajcie adres. Chętnie odwiedzę 😉😁
To piękna, pełna ciepła książka. Książka jak kompres dla zmęczonych matek i wkurzonych ojców. Książka, która przywraca wiarę i daje nadzieję. Autorce udało się wykreować świat, w którym chce się być. A ilustratorce - świetnie oddać postaci. To jak wyrysowała ten świat zachwyca i zachęca, by jak najczęściej otwierać książkę - nawet już po skończonej lekturze. I odwiedzić sąsiadów. Tych z Małej. Choćby po to, by życzyć im miłego dnia.

Polubienia

Instagram