Jak mama została Indianką - czyli o tym, co ważne

Dziś zacznę od pytania. Pytania skierowanego do mam. Pamiętacie jeszcze jakie byłyście przed dziećmi? O czym marzyłyście, jakie miałyście plany, czy było Was stać na coś szalonego? I czy teraz, kiedy dzieci już są - stać Was na wyłamanie się ze schematu? Na zostawienie na wpół usmażonych kotletów przybitych nożem do drzwi kuchennych i... Małe wagary? Na dodatek z dzieckiem?
Tak właśnie robi bohaterka książki 'Jak mama została Indianką' Ulfa Starka (przekład Katarzyna Skalska), którą zilustrował Mati Lepp, a wydały Zakamarki.
To książka piękna. Książka o daniu sobie czasu. I daniu go komuś jeszcze. Dziecku. I temu realnemu, które powstało z Was. I temu wewnętrznemu, które każdy z nas ma gdzieś głęboko w sobie.
To książka o miłości. O tym, że czasem (no dobra, tak naprawdę to zawsze) od obiadu i ogarniania domu ważniejsze jest ogarnianie życia. Życia z innymi ludźmi. Dla nich i wśród nich. A najważniejszym, małym ludzikiem jest dziecko. To ono zapamięta dużo z czasów dzieciństwa. I tylko od nas zależy czy będzie to wiecznie podminowana i wkurzona mama, która zakopała się w garach, sprzątaniu i bieganiu z chusteczką żeby wytrzeć nos i podetrzeć pupę. Czy może będzie to mama, która biega, owszem - goniąc bizony. Która skrada się przy bladych twarzach i w samej bieliźnie skacze do wody. A na koniec ratuje też i obiad... Ale nie zdradzę jak.
Ta książka jest nie tylko piękna. Można ją też potraktować jak drogowskaz. Jak mapę do szczęśliwego dzieciństwa i nie mniej szczęśliwego macierzyństwa. Takiego, w którym mama może zostać Indianką i kim tylko zechce. Bo jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia.

Polubienia

Komentarze

Instagram